Każdy zna nazwę Valentia i każdy wie, że to miasto leży w Hiszpanii. Ale nie każdy wie, że w Irlandii jest wyspa o takiej nazwie. Valencia leży przy zachodnich wybrzeżach Irlandii, z plażami, które obmywane są przez ocean już.

Krajobraz zupełnie inny do tego, który można zobaczyć w okolicach Dublina. Życie – spokojniejsze, nikt się nigdzie nie spieszy. Najbliższy sąsiad – kilometr dalej. Stały ląd – trzeba przeprawić się promem (w sumie wygląda to jak większa barka). I cisza, tylko wiatr słychać.

Spędziliśmy tam tylko niecałe trzy dni, ale tak nam się spodobało, że wrócimy na pewno. Nawet brak oleju, a co za tym idzie ogrzewania nie mógł przeszkodzić nam w cieszeniu się tym pobytem (od czego ma się koce i śpiwory?, a kąpiel w zimnej wodzie jeszcze nikogo nie zabiła).

Wyspę można obejść w szerz i w zdłuż w ciągu jednego dnia jeśli się ktoś uprze. Można wdrapać się na niewielką górę (raptem niewiele powyżej 200 m. npm), z której rozciąga się widok na całą wyspę i na ocean. Można zobaczyć miejsce, gdzie ślady swojej wędrówki zostawił pewien dinozaur (tetrapod). Można zjeść lody, które są tam robione (były zamknięte) oraz lokalną czekoladę (była sobota, więc fabryka też była zamknięta). Do latarni morskiej nie można się było dostać bo to teren prywatny, a szkoda.

Na wyspie jest jeden sklepik, ale nie sprzedaje alkoholu. Ale sprawę tę rozwiązano inaczej. Możesz kupić piwo w puszce lub w butelce w pubie. Sprzedają ‚na wynos’. Właśnie tak się zaopatrzyliśmy w piwo, gdy wychodziliśmy z pubu po wieczorze spędzonym na słuchaniu szant w wykonaniu pewnej irlandzkiej grupy i drugiej grupy z Holandii. Śmiesznie było usłyszeć „Żegnaj mi stary porcie” po angielsku (choć przebijał też polski tekst ponieważ byli też w pubie Polacy, którzy śpiewali po polsku tę szantę).

Dla Maggie – Flogging Molly – Every Dog Has Its Day https://www.youtube.com/watch?v=QEELs0Eq01w