image

image

Mogę już wszem i wobec ogłosić, że Irlandia jest moim domem. Już nawet kolor skóry jest coraz bardziej ‚irlandzki’. Dla niewtajemniczonych kolor ten to bardzo blady odcień. W Polsce często delikwent z takim odcieniem skóry zostałby odesłany do lekarza z podejrzeniem anemii.
Niestety ja tak już wyglądam. Za dużo czasu spędzonego w deszczowej i zachmurzonej Irlandii. I jak każdy typowy Irlandczyk podczas wakacji w słonecznym kraju chcę załapać trochę słońca, żeby pozbyć się ‚anemii’. Po dwóch dniach w górach, po dwóch dniach deszczu przyszedł czas na pobyt na plaży. Wiadomo, że nie można przesadzać z leżeniem plackiem na ręczniku, nie można się przecież ‚usmażyć’. Stwierdziliśmy, że trzy godziny to będzie wystarczający czas żeby złapać kolor. O ile pamiętam w Polsce zawsze po pierwszym dniu opalania przeważnie było się koloru ‚raczkowego’, ale zawsze na całym ciele. A będąc ‚Irlandczykiem’ opalasz się w jakieś dziwne plamy, zupełnie nierównomiernie. Patrzysz później w lustro i sam nie wiesz czy masz się śmiać czy płakać. Ale stwierdzasz, że następnego dnia musisz wrócić na plażę, żeby równomiernie się opalić i pozbyć się tych plam.
Gorzej jeżeli plamy nie zejdą, a się jeszcze bardziej utrwalą. Na pewno wtedy się jeszcze do tego poparzyłeś i wizyta w szpitalu gwarantowana. Tak zwykle kończą Irlandczycy, którzy łakną za bardzo słońca i opalenizny. Mam nadzieję, że w moim przypadku tak nie będzie.
P.S. Oczywiście nie udało się równomiernie opalić i dalej są plamy, ale nic niepokojącego na szczęście.