image

Wieczory w Francji można sobie wypełnić spacerami po mieście, wiosce, nad morzem. A można również, co jest dużo ‚smaczniejsze’, iść do restauracji.
Może nie same restauracje, ale jedzenie jest we Francji bardzo ważne. Każda wizyta u znajomych to istna uczta. Nawet jeśli to jest tylko mały poczęstunek na stole ląduje masa jedzenia. Ty przynosisz jakieś słodkości, gospodarz kładzie na stół swoją cześć jedzenia i uczta na kilka osób gotowa.
A jeżeli nie masz jeszcze zbyt wielu znajomych tutaj to możesz się wybrać do restauracji. Nam się udało się znaleźć małą restauracyjkę w Belvedere, która jest otwarta tylko w piątkowe i sobotnie wieczory. Głównie można zjeść tam wspaniałą pizzę (najlepsza według nas to 4 pory roku), ale inne potrawy też są wspaniałe. Wystrój i atmosfera wprost zachęcają do wydania pieniędzy. Siedzisz w salce, gdzie właściciel wypieka twoją pizzę w kamiennym piecu. Obok na wyciągnięcie ręki następny stolik z kolejnymi klientami, którzy często cię zagadują nawet jeśli istnieje bariera językowa. Obowiązkowo do zamówienia przynajmniej jeden dzbanek (pichet, bardzo ważny zwrot) wina Sainte Croix białego, różowego bądź czerwonego (blanc, rose, rouge). Po głównym daniu jest czas na deser. Płonący jabłecznik z bitą śmietaną i gałką lodów, bądź skromniej tiramisu albo świerze maliny z bitą śmietaną.
Zajęci jedzeniem nie zauważamy, że już jest koło 22, piec powoli wygasa, wszyscy goście już kończą desery. Wtedy zaczyna się coś, co odróżnia tę właśnie restaurację od innych – śpiewy. Usłyszysz jak właściciel restauracji śpiewa o górach, które nas otaczają, o tym jak piękną jest Nicea. Możesz w ciszy siedzieć i słuchać, a możesz spróbować śpiewać razem z nim i innymi bo słowa piosenek są na odwrocie karty menu. W międzyczasie ktoś złapie cię pod ramię i zaczniesz się kołysać w takt piosenki z resztą biesiadników.
A na koniec tradycyjny kieliszek lokalnego likieru (nie możesz odmówić). Najczęściej jest to likier cytrynowy bądź mandarynkowy. W zależności, które owoce bardziej obrodziły w danym roku.
Nic dziwnego, że w tym roku przesunęliśmy nasze wyjście w góry z namiotem o jeden dzień po to żeby jeszcze raz gościć w L’Ancien Abattoir.